RZECZY

Nie trzeba było, czyli kilka myśli o prezentach dla bobasa

Do świąt pozostał niespełna miesiąc, a to oznaczać może tylko jedno… Najwyższy czas pogadać o prezentach. Jeśli znacie mnie już jakiś czas, zapewne wiecie, że w kwestii prezentów uwielbiam mieć nad wszystkim kontrolę. Zaczynając od tego, że planuję, zamawiam i pakuję nawet z kilkutygodniowym wyprzedzeniem, a kończąc na tym, że sama też lubię dostawać prezenty przemyślane i przydatne. Najlepiej takie, które sama sobie wybiorę…

I tak jak najczęściej wiem, jak pokierować rozmówcą pytającym, co chciałabym dostać, tak w tym roku pojawiło się jeszcze jedno pytanie.

Mowa oczywiście o prezentach dla bobasa.

Na fali odpowiadania na to dodatkowe pytanie z – nomen omen – gwiazdką, postanowiłam spisać i podzielić się moją filozofią prezentów dla bobasa. Mówiąc precyzyjniej – dla niemowlaka, bo na razie w tym przedziale wiekowym zamyka się moje doświadczenie.

Brak prezentu jest okej

Zaczęłabym od tego, że niemowlę to ostatnia osoba, którą obchodzą jakiekolwiek dobra materialne i na pewno nie obrazi się, jeśli nie dostanie prezentu w ogóle. Im bardziej wymyślny (a więc: im droższy) prezent, tym większa szansa, że bobas zachwyci się… jedynie jego opakowaniem. Szeleszczący papier, taśma klejąca, kartonowe pudełko, wstążeczki… Im coś jest brzydsze, tańsze i zupełnie nienadające się do zabawy – tym lepiej.

Wiem, że tutaj zdania mogą być podzielone, ale ja z mojej rodzicielskiej perspektywy zapewniam, że brak prezentu dla niemowlaka jest jak najbardziej spoko (tak, zarówno w przypadku standardowych odwiedzin, jak i na święta) i nie prowadzimy z Sympatycznym czarnej listy ludzi, których dzieciom w ramach rewanżu będziemy kupować szalenie hałaśliwe grające zabawki i duże ilości słodyczy. 

,,Za dużo książeczek” nie istnieje

Nie wiem, jak u Was, ale w moim domu (zarówno rodzinnym, jak i tym, który tworzymy od lat z Sympatycznym) nie istnieje takie pojęcie jak ,,za dużo książek”. Pomijam już, że moja kupka wstydu od paru miesięcy nie topnieje, ale jak już mi bobas podrośnie i wpadnę w szał czytania… to i tak w sumie nic to nie da, bo książek cały czas u nas przybywa. Nie zmienia to faktu, że zapytana o prezent idealny dla naszego bąbelka, zawsze na pierwszym miejscu stawiam książeczki.

Im więcej książeczek tym lepiej, bo czytanie w kółko tej samej rymowanej historyjki może skończyć się tak, że na komentarz spotkanej na klatce schodowej sąsiadki ,,ale piękna dziś pogoda”, odpowiadasz ,,w mysiej norce siedzieć szkoda”.

Dbajcie więc o reputację i zdrowie psychiczne Waszych znajomych rodziców i kupujcie ich dzieciom książeczki. Dużo książeczek. Tak, żeby nie dali rady się ich wszystkich nauczyć na pamięć.

Drewniane lepsze niż plastikowe

Jak śpiewała Basia Wrońska razem z Młodą Orkiestrą Nowego Teatru: plastic is not fantastic i chyba nikomu nie trzeba już tłumaczyć, dlaczego. Warto więc poszukać alternatywy dla wszechobecnej plastikowej (powiedzmy sobie wprost) tandety i decydując się na zakup jakiejkolwiek zabawki, dwa razy zastanowić się, czy bobasowi bardziej przyda się kolejna plastikowa jednorazówka (nie mam tu oczywiście na myśli, o zgrozo, reklamówki, której wiadomo, że nie dajemy dzieciom do zabawy, tylko znikomą trwałość większości zabawek), czy może jednak czysta planeta.

Osobiście jestem zauroczona zabawkami drewnianymi: niektóre są naprawdę przepiękne, ale, co równie ważne, z reguły trwalsze niż te plastikowe. Jeśli zależy nam na ekologicznych rozwiązaniach, warto też sprawdzić, czy do wykonania zabawki zostały rzeczywiście wykorzystane materiały bezpieczne dla środowiska (takie jak lakier, farba czy klej).

Prezenty z drugiej ręki

Pozostając w duchu less waste: prezenty z drugiej ręki też są okej! Czy to od siostry będącej secondhandowym zwierzęciem, która zawsze wyszpera z ciuchów coś fajnego, czy to od ciotki, której bobasy już dawno porzuciły klocki na rzecz smartfona… Prezent nie musi być pachnącym nowością pudełkiem z kokardą. Ikeowska niebieska torba pełna ubranek czy sterta lekko nadgryzionych (nie tylko zębem czasu) książeczek na pewno uszczęśliwią niejedną rodzinę z małym dzieckiem.

List(a) do Świętego Mikołaja

Dzisiaj rozmawiamy akurat o prezentach dla najmłodszych członków rodziny, ciężko więc oczekiwać od 8-miesięcznego malucha, że siądzie (nawet jak to akurat już jako tako mu wychodzi) i sam napisze list do Mikołaja. Wtedy oczywiście z pomocą przyjść muszą rodzice – ale jak są takimi do bólu pragmatycznymi racjonalistami jak my, to zamiast listu do wykreowanego przez popkulturę bohatera przygotowują po prostu listę. Z linkami.

Nasza lista (w Excelu, którą udostępniam zainteresowanym na dysku Google) jest organizmem żywym i powstawała już od kilku miesięcy. Potencjalne prezenty są do niej dodawane w zależności od aktualnych potrzeb, z podziałem na kilka kategorii: zabawki, książeczki, tekstylia, akcesoria. Artykuły, które zdecydowaliśmy się w międzyczasie kupić lub dostaliśmy z innej (lub bez) okazji są z niej wykreślane. Nie zaskoczę Was pewnie jeśli dodam, że najdłuższa jest oczywiście nasza lista książeczkowa… Nawet jeśli część pozycji to na razie bardziej moje niż bąbelka marzenia 😉

Warto rozmawiać (o prezentach)

Są na pewno wśród nas wielbiciele niespodzianek, którym mój postulat łamie właśnie serce, ale – najdelikatniej jak umiem – chciałabym Was przekonać, że naprawdę warto rozmawiać. Szczególnie o prezentach.

Jeśli nie przekonują Was te najbardziej bezpośrednie metody, takie jak udostępniane listy, wywiady środowiskowe, przesłuchania czy pytanie wprost, pamiętajcie, że o swoich marzeniach i listach życzeń możecie mówić głośno nie tylko od święta. Gromadząc inspiracje i słuchając najbliższych przez cały rok też na pewno uda Wam się trafić z prezentami w ich gusta.

A jeśli jednak, mimo usilnych starań, zdarzy Wam się dostać dla bobasa coś, z czym naprawdę nie wiecie, co zrobić… Pamiętajcie, że nietrafionym prezentom zawsze możecie dać drugie życie.

Tylko pamiętajcie o złotej zasadzie. Tak jak z torbami na prezent… Postarajcie się nie oddawać ich tym samym osobom, od których je dostaliście 😉