RZECZY

Gotowa na wszystko, czyli o torbie do szpitala pół roku później

Kobieta i duża torba

Po torbie do szpitala, a konkretniej po jej zawartości, łatwo można odgadnąć, jaką filozofią rodzicielstwa będzie kierowała się przyszła mama. Jeśli torba jest wielkości małego fortepianu, a w środku nie zabraknie nawet lokówki czy prywatnego zestawu przypraw (no bo wiecie, te słynne szpitalne obiady bez smaku) – ciężko oczekiwać, że będziemy mieć do czynienia z parentingową minimalistką. Z kolei, jeśli na porodówkę wjeżdża spakowana w ten sam plecak, z którym sezon wcześniej dzielnie przemierzała bieszczadzkie szlaki – najwyraźniej lubi ryzyko, ale w końcu jak czegoś jej zabraknie, to może ta od fortepianu będzie tak miła i jej pożyczy.

Torba torbie nierówna

Powiedzmy, że ja byłabym gdzieś pomiędzy, chociaż rzeczywiście część mojego bagażu stanowił właśnie wyjątkowo niepozorny acz pojemny plecak marki Quechua. Równie niepozorna była także moja walizka.

Jako że wcześniej nie posiadałam żadnej, a alternatywą była sporych rozmiarów sportowa torba Sympatycznego, do której, na marginesie, swego czasu regularnie sikała kotka teściowej, ale Sympatyczny przez kilka tygodni nie chciał mi uwierzyć, że jego ciuchy dają kocim moczem, aż wreszcie nie przyłapał śp. delikwentki na gorącym uczynku, i krew mnie zalewała na samą myśl o ryciu w niej jak dzika kuna w agreście w poszukiwaniu tetrowej pieluszki albo zaginionej niemowlęcej skarpetki, na parę tygodni przed porodem zdecydowałam się walizkę kupić. Ale że nie lubię kupować rzeczy na raz, wybrałam taką, która wydawała mi się najbardziej praktyczna. Czyli taką w rozmiarze bagażu podręcznego w WizzAirze. No więc niezbyt dużą, delikatnie mówiąc.

Starałam się spakować tylko najpotrzebniejsze rzeczy, jednocześnie mając z tyłu głowy, że w razie draki (to jest: niespodziewanego przedłużającego się pobytu w szpitalu) będę w czarnej dupie, bo akurat na tamtym etapie pandemii przed koronawirusem miał nas na porodówce ochronić (oprócz zakazu odwiedzin) również zakaz przekazywania paczek. Na szczęście do domu wyszliśmy klasycznie w 2. dobie, a rzeczy miałam może trochę za dużo, bo niektórych nawet nie rozpakowałam i o tych też zaraz Wam powiem.

Zacznijmy jednak od tego…

Czego mi brakowało

Przede wszystkim kilku rzeczy na czas przed porodem, ale oczywiście nie przewidziałam tego, że trafię do szpitala wcześniej. Gdybym wzięła taką możliwość pod uwagę, wtedy na pewno w mojej torbie znalazłyby się ze dwa T-shirty i może jakiś dresik; coś wygodnego, w czym można pokręcić się po oddziale, ale co jednak nie jest piżamą. Serio, nawet w szpitalu nie opuściło mnie silne przekonanie, że piżama służy do spania i nie mogłam się przemóc, żeby chodzić w niej cały dzień. Całe szczęście, na Izbę Przyjęć przyjechałam (między innymi) w leginsach i sportowym staniku, i tak właśnie (z narzuconym na to szlafrokiem) prezentował się mój strój dzienny na patologii ciąży.

Zabrałabym też ze sobą zwykłe wkładki higieniczne albo podpaski – te poporodowe są długości przedramienia i takiej też grubości, a przed porodem niekoniecznie potrzebny jest aż taki kaliber (jeśli w ogóle).

No i sztućce… Jakoś tak przyjemniej, jak nie trzeba biegać po oddziale i szukać ostatniego czystego widelca, więc na wszelki wypadek zabrałam ze sobą kilka kompletów plastikowych sztućców (z zapasów dołączanych czasem z rozpędu do zamówień na wynos) z zamiarem potraktowania ich wielorazowo. Niestety wystarczała chwila nieuwagi, aby salowe sprzątnęły mi sztućce razem z talerzem, więc na koniec został mi tylko jeden smutny nóż.

I po co mi to było?

Mimo dość minimalistycznego podejścia, w mojej torbie i tak znalazło się parę niepotrzebnych rzeczy. Nie wiem na przykład, dlaczego uwierzyłam, że przydadzą nam się aż 3 czapeczki czy 3 pary skarpetek niemowlęcych (noworodki się jakoś przesadnie nie brudzą i nie pocą, bo jak), a także całe 2 pary ciepłych skarpet dla mnie (chodzą plotki, że po znieczuleniu bardzo marzną stopy, mi było wręcz nieznośnie gorąco, do tego stopnia, że gdyby nie wspomniany już brak stroju przedporodowego, to z ręką na sercu olałabym też szlafrok).

Nie do końca trafione były też moje koszule do karmienia; nie wiem, czy to wina hormonów, temperatury, materiału, czy wszystkiego naraz, ale drugi raz nie zdecydowałabym się ani na krótki rękaw (brałabym na ramiączkach, mimo że był to przełom marca i kwietnia), ani na wiskozę z bawełną, bo to strasznie ciężkie i lejące się połączenie.

Całkiem niepotrzebne okazały się też dwie pary klapek – do kompletu z japonkami na ostatniej prostej dorzuciłam Birkenstocki (no bo jak w japonki wcisnąć skarpety), co jak już wiecie z poprzednich akapitów nie miało zbyt wiele sensu.

Z rzeczy, których nawet nie napoczęłam: wkładki laktacyjne (przydadzą się, ale raczej dopiero w domu), podkłady na łóżko (to ogarniał szpital, z resztą tak samo jak Octenisept czy Alantan).

Obeszłam się bez poduszki do karmienia i właściwie obeszłabym się też bez poduszki-pierożka, ale jakoś tak cieplej mi się robiło na serduszku za każdym razem, jak na nią patrzyłam (choć zupełnie nie brała udziału w pierwszych próbach karmienia).

Game changery, czyli to, co w torbie najważniejsze

Bez wielu rzeczy w szpitalu można sobie poradzić, ale na pewno nie bez wody oraz przekąsek. Często jest tak, że dziewczyny są odstawiane na Izbę Przyjęć ze zgrzewką wody, co z jednej strony jest mało wygodne, a z drugiej – mało efektywne. Bo po porodzie (nieważne jakim) trzeba dużo pić. Naprawdę dużo, jak Smok Wawelski, więc taka zgrzewka wody to właściwie tyle co nic.

Co by się nie stresować wysychającym źródełkiem i oszczędzić sobie poporodowych wycieczek do sklepiku (gwoli przypomnienia: paczek nie podawano, a po cesarce chodzi się trochę jak baba po chrust), kupiłam po prostu małą butelkę z filtrem (o, taką). I to był strzał w dziesiątkę, bo w domu też nie pijemy butelkowanej wody, tylko kranówkę, a po drugie – moje źródełko nie miało prawa wyschnąć. Gdyby przydarzyło mi się rodzić naturalnie, sądzę, że taka poręczna buteleczka też byłaby dużo lepszym rozwiązaniem niż dwulitrowa butla.

Co do przekąsek – już gdzieś wspominałam, że Sympatyczny wyposażył mnie do szpitala niczym na górską wędrówkę. Tak oto w moim (nomen omen) górskim plecaczku znalazło się dużo zbożowych ciasteczek, batoników musli i landrynek, nie zabrakło też kilku Kubusiów, które odegrały swoją rolę w trakcie nocnych zapisów KTG (serio, w środku nocy nie tak łatwo obudzić bąbelka po drugiej stronie brzucha, zupełnie inaczej niż teraz 😉).

Gotowa na wszystko?

Czy byłam przygotowana na wszystko? Na pewno nie. Na szczęście nie było mi dane tego sprawdzać, gdyż elegancko w 2. dobie wypisano nas do domu i po dylematach związanych z torbą do szpitala i tym, co w torbie tej powinno się znaleźć pozostało mi jedynie kilka wspomnień.

A walizka (najmniejsza na oddziale) to wcale nie był taki głupi pomysł, bo może dziecko już mi się do niej nie zmieści, ale jego rzeczy na tygodniowy pobyt u dziadków – jeszcze tak.