RZECZY

Jak kupowaliśmy mieszkanie (III): Mieszkaniopozytywność

Klucze do domu

Mieszkaniopozytywność to stworzony przeze mnie na potrzeby Instagrama termin (oraz hasztag), pod którym kryje się cała filozofia myślenia o swoim miejscu do życia. Mieszkaniopozytywność to dla mnie sztuka patrzenia na swoje mieszkanie z czułością; umiejętność dostrzeżenia piękna tam, gdzie na pierwszy rzut oka są tylko niedoróbki; docenienie detali; oswajanie niedoskonałości, niekiedy poprzez ich eksponowanie.

To właśnie takie podejście do wybranej przez nas nieruchomości, pozwoliło nam zobaczyć w niej nie tylko problemy i koszty, ale przede wszystkim: potencjał. I to ono pomogło nam nie zwariować w trudnych chwilach, najpierw tych związanych z kredytem, a potem – remontem.

Zapraszam Was na (najprawdopodobniej) ostatnią część mieszkaniowej sagi, w której dochodzimy do najważniejszego wniosku: mieszkanie idealne nie istnieje. Ale o tym za chwilę.

Nie tak słodko jak myślisz

Czytane głosem Penelope Cruz z reklamy bezalkoholowego piwa. A jakże.

Do tego miejsca opowieść wydaje się być dość banalna. Jest sobie para, rodzi im się dziecko, zaczynają rozglądać się za większym lokum, mają wsparcie rodziców, dość spójną wizję, jak ich przyszłe mieszkanie powinno wyglądać i gdzie się znajdować. Zaczynają mieszkania oglądać, niektóre budzą grozę, inne zdziwienie, jeszcze inne życzliwe zainteresowanie. W końcu dokonują rachunku zysków i strat (zysk = większe mieszkanie, strata = nie na Żoliborzu) i brawurowo negocjują cenę. Happy end na wyciągnięcie ręki.

Ale hola, hola, nie tak prędko. Na papierze rzeczywiście wszystko wydaje się proste, ale zanim doszliśmy do tego momentu wielokrotnie powtarzałam na głos i w myślach to samo zdanie ,,za chwilę wybuchnie mi głowa”. Nie dlatego, że cierpię na migreny czy też listopadowa aura dawała mi się jakoś szczególnie we znaki (zatokowy ból głowy, który później okaże się być objawem zakażenia koronawirusem, miał mi się dopiero przytrafić w lutym…), ale dlatego, że ilość spraw do ogarnięcia, wykonanych telefonów, wymienionych maili, wydrukowanych i podpisanych dokumentów, z dzieckiem albo przy piersi, albo na rękach (tak, nawet wnioski kredytowe podpisywaliśmy z bobasem na kolanach, jak dobrze, że to miłe dziecko i rozumiało powagę sytuacji, bo jak na złość dziadków mieliśmy chorych, a no pandemia) sprawiła, że miałam ochotę zmienić tożsamość i wyjechać z kraju. Najlepiej na bezludną wyspę.

Kosztowało nas to wiele i nie mówię wcale o wkładzie własnym czy prowizji dla agencji nieruchomości (choć to też). Już samo umawianie i oglądanie mieszkań było obciążające psychicznie, choć legendy głoszą, że są ludzie, dla których jest to świetna rozrywka. Dla nas było to na tyle niekomfortowe (szczególnie w tej porąbanej pandemicznej rzeczywistości), że 4 prezentacje wystarczyły, by stwierdzić, że nie chcemy tego przeżywać ponownie.

Z perspektywy czasu widzę, że cały proces nie był długi. Od dnia, w którym obejrzeliśmy mieszkanie, do momentu podpisania aktu notarialnego minęło równo 5 tygodni. Ale wtedy każdy dzień dłużył mi się niemiłosiernie, szczególnie, że do transakcji musiało dojść do końca roku i byłam przekonana, że po prostu nie zdążymy i stracimy tę okazję.

Głosy z zewnątrz

Czy da się kupić mieszkanie na kredyt bez pomocy doradcy kredytowego? Wszystko się da, ale nie sądzę, żeby było warto. Nie każdy musi znać się na wszystkim, a przede wszystkim nie każdemu musi się chcieć. Myślę, że wielu problemów i nerwów uniknęliśmy właśnie dlatego, że zdecydowaliśmy się skorzystać z usług doradczyni kredytowej, która po prostu przeprowadziła nas za rękę przez cały proces. Nie mówiąc już o zaoszczędzonym czasie, bo wiele rzeczy mieliśmy po prostu podanych na talerzu (choćby takich niby-pierdół, jak drukowanie i kompletowanie całej dokumentacji do banków; zajęłoby mi to sto lat z bobasem u boku).

Oprócz kwestii organizacyjnych super ważne jest też doświadczenie, a tego z oczywistych względów nam brakowało. To dzięki interwencji naszej doradczyni mogliśmy przed złożeniem naszej oferty skonsultować się ze współpracującą z nią rzeczoznawczynią. Jej wycena na oko (to znaczy w oparciu o ogłoszenie) praktycznie nie różniła się od tej dostarczanej później do banku i – co najważniejsze – została zaakceptowana przez stronę sprzedającą.

No i nie bez znaczenia jest też to, że za takie usługi doradczyni na koniec rozliczała się nie z nami, a z bankiem. Nie mieliśmy więc wiele do stracenia.

Dobrze mieć w takiej sytuacji zaufanych doradców, ale warto też pamiętać, do kogo należy ostateczna decyzja i kto koniec końców będzie w tym mieszkaniu spędzać resztę życia (albo i nie, o tym zaraz).

Na przykład wspomniana doradczyni tak zaangażowała się w naszą sprawę, że początkowo próbowała nas odwieść od pomysłu zakupu mieszkania w starym budownictwie i to bez windy. Na hasło Żoliborz zaczęła mi nawet podsyłać inne oferty, które jej zdaniem powinny nas zainteresować.

Otóż nie zainteresowały, bo Żoliborz Artystyczny ma tyle wspólnego
z moim Żoliborzem, co świnka morska z Bałtykiem. 

Pojawiły się też inne głosy z zewnątrz (pozdrawiam serdecznie tych członków rodziny): a co jeśli się rozstaniecie, w końcu nie jesteście małżeństwem (hej, a o rozwodach słyszeli?), o matko, dwupoziomowe, przecież z dzieckiem to strach, no bo schody (tutaj beka opór, bo dam sobie uciąć dowolną kończynę, że to pytanie nie pojawiłoby się, gdybyśmy kupowali segment pod Warszawą, jak na przykładnych beneficjentów programu 500+ przystało), a w ogóle przecież jak stare to będzie śmierdzieć kanalizacją i wywalać korki przy każdej możliwej okazji (ale wiecie, że rozmawiacie z weteranką starego budownictwa? Powiedzcie mi coś, czego nie wiem).

Nie zdziwi Was chyba jeśli powiem, że wszystkie zignorowaliśmy, ostatkiem sił obśmialiśmy i zrobiliśmy dokładnie tak, jak MY uważaliśmy za stosowne.

Mieszkanie idealne nie istnieje

Jeśli liczyliście na to, że w tym tekście zdradzę Wam receptę, jak znaleźć mieszkanie idealne, muszę Was rozczarować. Mieszkanie idealne nie istnieje i im szybciej się z tym pogodzicie, tym łatwiej uda Wam się wybrać takie, które będzie wystarczające.

Wiem, że zabrzmi to dość nonszalancko w obliczu tego kredytu na 30 lat, ale żadne mieszkanie nie musi być na zawsze. Ta świadomość zdejmuje z barków całkiem spory ciężar, polecam. Może być na zawsze, ale nie musi. Kiedy nie ma się nawet 30 lat ciężko jest wyobrazić sobie, jakie dokładnie będą nasze potrzeby i oczekiwania za kolejnych tyle. Dlatego też wybierając mieszkanie nie warto za bardzo wybiegać w przyszłość. Ważne, żeby spełniało nasze wymagania tu i teraz.

Można szukać mieszkania miesiącami albo latami. Ale można też kupić pierwsze obejrzane i nie szukać dziury w całym. W najgorszym wypadku się wynajmie. Albo sprzeda. Z kredytem też można.

Mieszkaniopozytywność

Nasze mieszkanie nie jest idealne, ale zdecydowaliśmy się na nie z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Największym zarzutem był oczywiście brak windy, co przewrotnie postrzegać można jako zaletę, gdyż w chodzeniu po schodach można dopatrzeć się sekretu długowieczności (jedna z moich babć większość życia chodzi dzień w dzień na 4. piętro i właśnie w dobrym zdrowiu dobiega dziewięćdziesiątki).

Drugi mankament to melina na parterze, ale tego oczywiście nie wiedzieliśmy, aż do pierwszej awanturki i interwencji policji (xD). Łudzimy się jednak, że wdrapywanie się po schodach może przekraczać możliwości owych lokatorów, więc suma summarum ten brak windy może nam wyjść na dobre.

Są też drobnostki, które albo pokochasz, albo… nie kupujesz mieszkania w starym budownictwie. Skrzypiące parkiety, krzywe ściany, elektryka-samoróbka ukryta pod boazerią, czy dziwne rozwiązania wentylacyjne (dość powiedzieć, że wiatraczek w łazience kręci się sam, za to w kuchni z kratki wentylacyjnej nam wieje, zamiast wyciągać).

Jest za to balkon (choć malutki), są osobne sypialnie (docelowo jedna dla nas, druga dla dziecka, więc żegnaj widmo spania w salonie), jest wielgaśne okno w kuchni (żegnaj zapaszku spalenizny, jak się Sympatycznemu wymarzy na kolację smażona kiełbasa; witajcie świeże zioła na parapecie), są dwie łazienki, a więc i wanna, i prysznic (traktujemy to jako bonusik, bo akurat oboje jesteśmy #TeamPrysznic, ale już dzieć zdecydowanie docenia wieczorne kąpiele), no i wreszcie: są te dwa poziomy i jeden dodatkowy pokój, ochrzczony póki co ,,biurem”, dzięki czemu praca zdalna nam nie straszna, a i w razie powiększenia rodziny w przyszłości dramatu nie będzie.

Zmiany, które wprowadziliśmy względem stanu zastanego nie były kosmetyczne: wpakowaliśmy się w kapitalny remont, który miał trwać miesiąc, a zajął prawie trzy, przy czym nadal przed przeprowadzką powstrzymuje nas oczekiwanie na dość istotne elementy wyposażenia (głównie: drewniany blat, który przez bardzo specyficzny układ kuchni musiał zostać zamówiony na wymiar oraz materac, z którego zakupem czekamy na montaż listew przypodłogowych, bo wtedy już podobno przestaje się aż tak kurzyć).

No jak widzicie, to już nawet nie tetris. To jest, kurde, sudoku.

I tylko mieszkaniopozytywność może nas uratować.